(nie) Mów mi miszczu. Biszkopt level idiot. {BIY}

jak dekorować ciasta

Tak się jakoś porobiło, że ostatnie posty są w temacie kulinarnym. Czyżbym miała ambicje zostać blogerką kulinarną (bo w lajfstajlu i di-aj-łaj średnio mi wychodzi)? 

Otóż uspokajam: nic z tych rzeczy! Nie mam żadnych ambicji. Wróć! Ambicje mam, tyle, że nie blogowe. W tej dziedzinie zupełnie zadowala mnie Wasza obecność oraz fajny komentarz od czasu do czasu. Fajny nie oznacza wcale, że musi się zgadzać z moim punktem widzenia - w przeciwieństwie do blogerek z pokolenia millenialsów nie uważam, że wyrażanie w komentarzu odmiennego zdania to hejt. 

Jeśli zdarzy mi się post lekko kontrowersyjny to jest on zaproszeniem do dyskusji a nie próbą narzucania własnego zdania. I choć zdania łatwo nie zmieniam, bo chorągiewką na wietrze nie jestem, nie będę się upierać, że moje jest mojsze i żaden argument mnie nie przekona. Mądry przekona.


Jeśli pokazuję zdjęcia koślawego niby-tortu to nie spodziewam się ochów i achów, wszak ślepa nie jestem i widzę sama, że jest koślawy. I nie obrażę się, jeśli napiszecie, że to najbrzydszy pseudo-tort ever i w ogóle z czym do ludu. 

Głupio tak przecież obrażać się za prawdę. I infantylnie. A millenialsi też w końcu dorosną i opuszczą mentalną piaskownicę. Byle tylko wyrobili się przed 50-tką.



Jak widać na obrazkach załączonych powyżej, wykonałam produkt tortopodobny. Nie pierwszy zresztą. Każdy z nich miał jednak element wspólny: nie grzeszył urodą. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że moja definicja tortu jest mega uproszczona:

"tort, to okrągły biszkopt przełożony kremem"

That's it! No co ja zrobię, że w tym temacie nie mam parcia na dążenie o perfekcyjności tudzież wyrafinowania. Leniwa jestem i generalnie wciąż szukam rozwiązań, które by to moje lenistwo wspomagały. Przyznać muszę, że uważam się już za mocno wyspecjalizowaną. Mówcie mi miszczu!

Znalazłam sobie zatem przepis na mega prosty biszkopt (a znalazłam go na ciastkożercy.pl). Biszkopt, który uda się każdemu, skoro mi się udaje. W tym przepisie podoba mi się również, oprócz idiotycznego wręcz poziomu wtajemniczenia) mała ilość jajek (akurat przywiozłam sobie od cioci świeżą dostawę jaj od szczęśliwych kur, a te zdecydowanie wolę zużyć do niedzielnej jajecznicy ze szczypiorkiem, czy omleta z pomidorami).





Potrzebujesz:

3 jajka (w temp. pokojowej)
9 łyżek mąki pszennej
3 łyżki mąki ziemniaczanej
9 łyżek cukru

Jak ja to robię?

Mąki przesiewam do miseczki i dokładnie mieszam.
Jajka ubijam z cukrem. Cały sekret polega tutaj właśnie na dokładnym ubiciu jajek - nie może to trwać krócej niż 10 min. Podczas ubijania do ciasta dostają się pęcherzyki powietrza i to one właśnie sprawią (nie używamy wszak tutaj proszku do pieczenia), że biszkopt ładnie wyrośnie. Dobrze ubita piana jest bialutka i, wg mnie, ma konsystencję ciasta naleśnikowego 
(lub baaaardzo mocno zmrożonej wódki ha ha).

Teraz delikatnie dodajemy połowę mąki i mieszamy trzepaczką (delikatnie of kors!), po chwili dosypujemy pozostałą część mąki. Nie przesadzamy z mieszaniem, żeby nie zaszkodzić biszkoptowi.
Przelewamy do okrągłej foremki (polecam silikonowe - nic nie trzeba smarować) i pieczemy w temp. 160 st przez 20-25 min.






Będąc niezmiennie wierna zasadzie:

"co się nie dopiecze, to się dowygląda"

albo i na odwrót, posypałam ciacho obficie kakao, zrobiłam wzorek sprawdzoną i szybką metodą i ozdobiłam physalisami czyli miechunką. Są one również w środku w towarzystwie kremu z mascarpone (zajrzyjcie tutaj po mega łatwy przepis - używam go już od kilku lat).

Miechunka (physalis) jest nie tylko pyszna, ale i bardzo efektowna. Jeśli chcecie użyć jej do dekoracji ciast, to polecam Wam mój sposób

wywijam delikatnie listki do góry, związuje gumką recepturką i zostawiam tak na kilka godzin by się listki ładnie ułożyły. Następnym razem na pewno użyję złotego spreju (jadalnego oczywiście!). Możecie również owoce zanurzyć w roztopionej czekoladzie a potem w dowolnej posypce.



I tak oto nieuchronnie zbliżamy się do końca dzisiejszej pisaniny. Starałam się nie wydłużać niepotrzebnie, bo....bo ja czytam Wasze komentarze i biorę je sobie do swego blogowego serca. Jeśli dostaję feedback, że ktoś się gubi przy drugim akapicie zapala mi się czerwona lampka. Znaczy: kobieto, przynudzasz, nie idź tą drogą. Wiecie, blog bez cztelnika nie istnieje. To znaczy istnieje, ale cóż to za żywot? Wegetacja taka, bez celu, bez satysfakcji. W związku z powyższym, jesli coś nie ten teges, to piszcie śmiało. Będę mega wdzięczna. Z góry dziekuję. Uściski przesyłam. Mam nadzieję, że zainspirowałam Was dziś choc troszkę. See ya!

XOXO