Relikt czy perła? O ścianie słów kilka



....i ruszyły zmasowanym atakiem na salony marokańskie koniczynki. Taki wzorek. Na tapetach i dopasowanych chodniczkach tudzież dywanikach. Kiedyś trochę podobnie było z torebkami i butami: należało je dopasować kolorem. Potem okazało się to być passe, teraz ponownie jest trendy, czyli wychodzi na to, że jednak kompleciki górą. Do zestawu tapeta+dywanik dorzuciałabym jeszcze podusie i kubeczki. Do białej torebki natomiast obowiązkowo proponuję białe kozaczki. A co! Jak szaleć, to szaleć.

A wszystko powyższe dzieje się dzięki temu, że styl scandi jest obecnie wypierany przez klasyczny nowojorski, który przecież kojarzy nam się z luksusem. A kto by nie chciał żyć w luksusie? Każdy by chciał. Szkopuł w tym, że luksus wciąż błędnie utożsamiamy z przepychem (znaczy się ma być dużo), kapiącym złotem, srebrem, miedzią (najlepiej naraz) i zwielokrotnieniem wzorków.

Na salony ruszyły też meble z PRL-u, niektóre pieczołowicie odrestaurowane, inne maźnięte jakąś farbką, że tak niby odświeżone, z nowym look'iem. To z kolei zasługa pokolenia trzydziestolatków, które nagle, jak za dotknięciem różdżki, poczuło sentyment i tęsknotę za tamtymi czasami. I troszeczkę to dziwne, bo chyba nie można tęsknić za czymś, czego przecież nie miało się okazji doświadczyć?

Ha! Bo to wcale nie o tęsknotę czy o tani sentymentalizm tu chodzi. Tu chodzi o potrzebę posiadania czegoś innego, wyjątkowego, niepowtarzalnego (czytaj: nie z Ikea). Z czego ta potrzeba wynika? Akurat w tym konkretnym przypadku (przypominam: wnętrza + pokolenie millenialsów) chodzi o zaimponowanie znajomym (i nieznajomym), najczęściej poprzez social media. I w tym momencie dochodzimy do paradoksu. Bo jak można mieć oryginalnie urządzone mieszkanie, skoro meble z PRL-u  są już wszędzie? Tak samo jak jeszcze niedawno regał Billy czy (trochę dawniej) fotel 366. Muszę jednak przyznać, że akurat ta moda nie budzi we mnie negatywnych uczuć. W końcu po co nam jakieś Vitry czy Eames'y skoro mamy rodzime perełki? Dobre bo polskie. Ocalanie PRL-owskich mebli jako przejaw głębokiego patriotyzmu? Why not?

Czy coś mnie w tym wszystkim dziwi? No może tylko to, że coś, co kiedyś było było novum, potem uważane było za obciach, teraz znów jest modne, więc fajne i pożądane. I weź tu człowieku bądź mądry. Nie dziwi mnie natomiast to, dlaczego tak się dzieje. Ludzki umysł lubi wszak powtórzenia i gotowe schematy. Jeśli widzimy, że coś się powtarza (np w reklamach, na blogach, instagramie) to nasz mózg wyśle nam komunikat, że to nam się podoba i właśnie to chcemy mieć. I możemy sobie wmawiać, że przecież to nasza własna, w żaden sposób nie manipulowana decyzja. Taaaa....

I choć mówią, że myślenie nie boli, to jednak ten najważniejszy organ robi się leniwy. Bo po co się wysilać, szukać, próbować, skoro mamy gotowce? Po co tracić energię, skoro można czerpać z cudzych pomysłów. Mają wszyscy-mam i ja! I życie stało się cudownie proste.

A teraz pani-jak-ona-to-robi przejdzie płynnie do tematu fototapet. W sumie to możemy śmiało pozostać w okresie peerelowskim, bo przecież fototapety stamtąd właśnie się wywodzą. Ręka w górę kto nie pamięta ścian-lasów bądź ścian-ezgotycznych plaż? No właśnie.

Na szczęście fototapeta w takiej postaci odeszła już do lamusa i teraz możemy doświadczać zupełnie nowego jej wymiaru. Pierwszy raz przekonałam się o tym, że fototapeta to nie jest już relikt PRL-u u mojej przyjaciółki. Kilka lat temu robiła generalny remont piętra domu, otwierała kuchnię na jadalnię, zamowiła nowoczesną zabudowę z ogromną wyspą i na jedną ze ścian nakleiła fototapetę. Zanim jeszcze zobaczyłam wszystko "na żywo" byłam gotowa popukać się w głowę. Co Ty robisz wariatko? Jak to będzie wyglądało? I co? Okazało się, że fototapeta przedstawiająca stromą, wąską uliczkę w jakimś małym włoskim miasteczku nie tylko wyglada świetnie, nie tylko dodaje głębi, ale również wyraża zainteresowania właścicieli i nadaje wnętrzu niepowtarzalny klimat. Dodatkowo jest praktyczna, bo fototapety do kuchni są laminowane, więc nie grozi im wilgoć czy blaknięcie. Miałam niezbity dowód na to, że fototapeta doskonale się sprawdza jako element nowoczesnych wnętrz.

Kiedy więc rok temu zaczęliśmy planować lifting naszego "m" (po powrocie z Niemiec) wiedziałam, że fototapeta na pewno pojawi się w którymś z pomieszczeń. Na pierwszy ogień poszedł pokój naszego zapalonego astronoma. Przed ostatecznym wyborem mieliśmy nie lada zagwózdkę, bo podobały nam się fototapety 3D, ale koniec końców padło oczywiście na kosmos. Już przy rozpakowywaniu tuby z przesyłką było jasne, że oto fototapety przeszły totalną rewolucję. Jakość zaskoczyła nawet mnie :-) Teraz jestem na etapie wybierania fototapety do salonu, więc zapewne wkrótce ten temat powróci.




Dlaczego fototapeta?

Oczywiście pierwsza odpowiedż, jaką usłyszycie ode mnie jest aż nader oczywista: ponieważ daje możliwość wykreowania wnętrza innego, a nie przekalkowanego.

Ile kosztuje fototapeta?

Nie trzeba wydać fortuny, żeby mieć oryginalnie ubraną ścianę. Przykładowo: fototapeta na ścianę o wymiarach 250x180 (to akurat wymiar ściany w naszym tzw salonie, którą chcemy pokryć fototapetą) kosztuje ok 250 zł. W tym przypadku za tę cenę mamy wyjątkowy efekt i świetną jakość produktu. W zależności od wzoru, materiału i wielkości cena może być mniejsza lub większa, ale każdy z pewnością znajdzie coś na swoją kieszeń. Pamiętajmy jednak, że nie należy odnosić tej ceny do ceny tanich tapet z marketu budowlanego, bo to zupełnie odmienne światy.

Jak przykleić fototapetę?

Oczywiście, nie można powiedzieć, że jest to bułka z masłem, ale przy odrobinie cierpliwości i uważności można z tym sobie poradzić samemu. Trzeba odpowiednio przygotować ścianę: jeśli nie była wczesniej malowana wystarczy ją zagruntować. Jeśli ściana była malowana, myjemy ją mydłem malarskim i czekamy aż wyschnie. Potem stosujemy się dokładnie do zaleceń producenta fototapety i kleju, który używamy (specjalny do fototapet) i zaczynamy przyklejanie od góry ściany, podobnie zresztą jak tradycyjną tapetę.

Co z tą ścianą?

Ściana, jaka jest, każdy widzi. Niby niewielki kawałek pokoju dziennego, ale jednak przykuwa uwagę, przede wszystkim przez obecność telewizyjnego grzmota, który zajmuje 1/3 jej powierzchni. Dlaczego zmiana? Bo zbliża się malowanie (z duuuużym opóźnieniem), więc to najlepszy moment, a po ośmiu latach przysługuje prawo zmiany wyglądu ściany, prawda? Choć bardzo te pasy lubię,  w sumie są ponadczasowe i klasyczne, jednak teraz zdecydowanie wolę coś spokojniejszego i jaśniejszego. Mam nadzieję, że niedługo będę mogła Wam pokazać swój wybór i mam nadzieję, że będzie trafiony. Póki co, jest jak na załaczonych obrazkach:-)



A może mała burza mózgów? Macie jakieś pomysły odnośnie wzorów lub kolorów? Chętnie poznam Wasze pomysły! Myślicie, że fototapeta to dobre rozwiązanie? Miałybyście ochotę zaszaleć? A może macie u siebie? Napiszcie koniecznie!

Pozdrowionka!!!

XOXO